Trubadur (Polish)

Wspomnienie o Leyli Gencer

Właśnie niedawno pewna Polka, znając moje zafascynowanie kunsztem wokalnym i osobowością Leyli Gencer, podarowała mi jej biografię-album, którą znalazła na sobotnim pchlim targu w Lugano. Unikat, którego nie sposób znaleźć teraz w jakimkolwiek antykwariacie. Książka z dedykacją dla Maria, którego śpiewaczka musiała znać wcale niepobieżnie, a tekst jest następujący: A Mario con tanti auguri affettuosi per il tuo futuro con l’amicizia di sempre, Leyla Gencer 1987.

Zastanowił mnie fakt, w jakich okolicznościach książka opuściła właściciela.

Niespodziewanie kilka dni później dowiedziałem się, że Leyla Gencer była w dużej przyjaźni z pewnym bardzo zamożnym człowiekiem o imieniu Mario, który był właścicielem hotelu oraz znanej (i drogiej) restauracji „Conca d’Oro” w graniczącej z Chiasso miejscowości Vacallo (restauracja usytuowana jest przy placyku, przy którym po drugiej stronie stoi dom, w którym Puccini napisał Manon Lescaut, o czym informuje wmurowana tam tablica pamiątkowa), do której goście przyjeżdżali nawet z samego Mediolanu. Tenże Mario bardzo często swoim autem woził Leylę Gencer np. do Monte Carlo, czy odbywał z nią inne podobne podróże i świadczył jej mnóstwo grzecznościowych usług. Podobno byli bardzo z sobą zżyci. Leyla była niezmiernie przejęta śmiercią jego matki, a nie mogąc być na pogrzebie, przyjechała potem specjalnie na grób z kwiatami. Niestety, Mario też wkrótce odszedł. Popełnił samobójstwo. Dziwne, niezbadane są jednak wędrówki książek…

Z Leylą Gencer, a właściwie z jej wokalistyką, zetknąłem się jakoś pod koniec kariery artystki (chociaż jej nagraniami, niestety głównie pirackimi, zachwycałem się już znacznie wcześniej; w niezrozumiały sposób śpiewaczka była wprost bojkotowana przez firmy fonograficzne). Niezapomnianym wydarzeniem był dla mnie jej recital w najelegantszym (chociaż z zewnątrz niewyróżniającym się specjalnie od innych pobliskich hoteli) i starym, wybudowanym w 1887 r. hotelu Splendide, znajdującym się na lungolago, czyli wybrzeżu jeziora w Lugano. Hotel ten organizował co jakiś czas koncerty znanych muzyków i śpiewaków, podobnie jak Teatrino w Portofino, chociaż w zupełnie innej oprawie (hotel Splendide był w tym czasie także „główną kwaterą” znanego polskiego mecenasa i dobroczyńcy Juliana Godlewskiego, który zakupywał w darze dla polskich muzeów, np. Wawelu, wiele cennych dzieł sztuki). W programie recitalu były pieśni Belliniego, Donizettiego, Rossiniego a akompaniował jej młodziutki jeszcze wtedy Vincenzo Scalera, obecnie pierwszy pianista La Scali, który do końca związany był z Gencer, chociażby z racji nauczania w Akademii przy La Scali (jego amerykańska żona zbiegiem okoliczności także ma matkę Polkę). Po koncercie małe przyjęcie. Pani Tosia Józefowska, znana postać wśród Polonii we włoskiej Szwajcarii podchodzi do podpisującej programy Leyli, oznajmiając, że to już drugi od niej autograf, pierwszy otrzymała w 1956 r. w Warszawie po spektaklu Traviaty przed Romą, kiedy to oparta o maskę auta podpisywała programy nowym wielbicielom. Leyla Gencer z niedowierzaniem a zarazem radością wykrzykuje: Nieprawdopodobne! A kiedy dowiaduje się, że jesteśmy Polakami, oświadcza ku naszemu wielkiemu zdziwieniu zupełnie dobrą polszczyzną: Moja mama jest Polką. Także zatem i my dowiadujemy się, że jest ona pół Polką, o czym do tej pory nie mieliśmy wcale pojęcia. Leyla stała się niezwykle wylewna, bezpośrednia. Jakże inna od wytwornej i trochę posągowej divy na scenie. Potem jeszcze rozmawia z ożywieniem po francusku z panią Teodorą (jako że pani Tosia nie znała zbyt dobrze włoskiego, ponieważ wtedy dopiero co zjawiła się w Lugano z odległego Maroka, gdzie przez wiele lat pracowała jako dentystka).

Inne znów pamiętne wydarzenie, to występ Leyli Gencer z pieśniami Chopina w Teatro Grande w Bresci w ramach XX Międzynarodowego Festiwalu Pianistycznego, tamtego 1983 roku poświęconego Chopinowi i Polsce. Dodatkowe krzesła na scenie, dziwne odczucia widząc prawie krok od siebie śpiewającą Leylę oraz akompaniującego jej Nikitę Magaloffa i mając przed sobą całą do ostatniego miejsca wypełnioną widownię. Gencer jak nigdy w chabrowym kolorze (a nie w jej ulubionej czerwieni we wszystkich odcieniach). W czasie przerwy jej mąż Ibrahim, bardzo miły, łagodny człowiek zajęty był rozmową z kimś z organizatorów. Śpie- waczka snuła się więc sama, nie wiedząc trochę, co z sobą zrobić, zaczęła rozmawiać z dziećmi, które pojawiły się skądś, potem snuła głośno swoje refleksje, że tylko w tym wieku jest się niewinnym, bez skazy (Leyla i Ibrahim byli małżeństwem bezdzietnym). Kiedy dowiedziała się, że byłem kilkakrotnie w Polonezköy, polskiej wsi koło Istambułu, gdzie spędzała dzieciństwo, bardzo dopytywała się, jak tam teraz wszystko wygląda, jako że nie była w niej od wielu lat (wiem, że później zjawiła się w Polonezköy w sprawach związanych z jakimś spadkiem), dokładnie pamiętała miejsca, nazwiska ludzi, wymieniała swoich krewnych. Odchodząc po pożegnaniu, już teatralnym tonem wypowiedziała Mi scriva!, proszę pisać (jako że obiecałem wysłać kopię pewnego zdjęcia, które bardzo się jej podobało).

Lubiła ona, już poza sceną, być wielką primadonną (świetnie potrafi naśladować ją Jacek Laszczkowski), z pozą, z której doskonale zdawała sobie sprawę i znakomicie bawiła się tym. Pamiętam, po przedstawieniu Makbeta w Teatro Sociale w Como (Ach! Co to był za Makbet! Już samo Nel di della vittoria, to krótki ale wielki popis aktorstwa godny Eleonory Duse i zaraz potem aria, uderzenie wspaniałym, niezwykłym głosem, który wywoływał dreszcze, i to jakie!…), gdzieś na podwyższeniu przed teatrem, oblegana przez tłum wielbicieli rozdawała autografy i w pewnym momencie do jakiejś w oddali osoby zakrzyknęła głosem niemal Ireny Eichlerówny: Alfredo ti ringrazio che sei venuto (Alfredo, jakże dziękuję ci, żeś przyszedł). To znów w weneckiej La Fenice, po swojej ostatniej scenicznej roli w La prova di un’opera seria, jeszcze w toczku, który nosiła na scenie na głowie, znów wołała do znikających na końcu korytarza przyjaciół: Venite domani da noi fare la colazione (Przyjdźcie do nas jutro na śniadanie, co w rzeczywistości znaczyło „na obiad”. Colazione czyli śniadanie to termin używany w pewnych – wytwornych?, snobistycznych? – środowiskach na określenie obiadu, ponieważ wyraz pranzo brzmi pospolicie). Była jeszcze ciągle Corillą, kapryśną primadonną, którą przed chwilą interpretowała na scenie.

Była też i królową. Jej Maria Stuarda, Anna Bolena, a zwłaszcza Elżbieta w Robercie Devereux Donizettiego były podobno wprost objawieniem i przeszły już do legendy. Niestety nie udało mi się usłyszeć Leyli Gencer w tych rolach. Namiastką tego było w roku 1983 Seminarium wiosenne w Audytorium RAI w Trieście, transmitowane przez trzeci program telewizji włoskiej, zatytułowane Aspetti della vocalita donizettiana w formie lekcji-koncertu, w której śpiewaczka omawiała te trzy postaci i wykonywała przy akompaniamencie fortepianu niektóre arie ze wspomnianych oper. Kiedyś, kilka minut przed rozpoczęciem premierowego przedstawienia Manon Lescaut (pamiętam, że dyrygował tego dnia Riccardo Muti, a śpiewali José Cura i Maria Guleghina), natknąłem się na Królową Leylę (w Turcji też często nazywano ją kralice co znaczy właśnie królowa, o czym dowiedziałem się z prasy tureckiej), która wchodziła wejściem dla artystów w długiej czarnej sukni ze sznurem pereł, majestatyczna, królewska, prężnym jeszcze krokiem…

Były też rozmowy z Leylą Gencer o operze, tajnikach wokalistyki, prowadzone przez krytyka muzycznego Lorenza Arrugę w jej mediolańskim mieszkaniu na viale Maino, transmitowane przez telewizję. Wypowiedzi śpiewaczki w doskonałym, pięknym włoskim z jego wszystkimi zawiłościami. Zresztą już w Istambule Leyla uczęszczała do Liceo Italiano.
Wielka dama, niezwykle elegancka (na bis bardzo często lubiła śpiewać też elegancką, salonową arię Ebben? me andro lontana z La Wally Catalaniego), mająca w sobie pewną dumę i świadomość swej pozycji (a nie wyniosłość, jak niektórzy mylnie sądzili).
Znana była też i z tego, że często przychodziła do sklepu z płytami przy La Scali, gdzie wdawała się w długie rozmowy z Mercedes czy drugą sprzedawczynią, pełna życzliwości i ludzkiego ciepła, obściskując je na pożegnanie jak najlepsze przyjaciółki. Właśnie w sklepiku La Scali (a także niektórych księgarniach wydawnictwa Ricordi) miała w tych dniach ukazać się książka Leyla Gencer, 50 anni alla Scala (50 lat w La Scali), której autorką jest Franca Cella, a wydawcą La Scala. Sklepik przy teatrze jest zamknięty – oficjalnie z powodu inwentaryzacji. Nie wiadomo, kiedy zostanie otwarty, prawdopodobnie ma go przejąć wydawnictwo Feltrinelli. W księgarniach Ricordi książki jeszcze nie ma. A jedyna dotychczas pozycja o Leyli Gencer, biografia-album Leyla Gencer, romanzo vero di una primadonna (hucznie prezentowana w 1987 r. w hotelu Splendid w Lugano z samą śpiewaczką i najbardziej związanym z nią dyrygentem Gianandreą Gavazzenim) jest nieosiągalna.
Amir Z. Szlachta

Pogrzeb Leyli Gencer
W nocy z 9 na 10 maja zmarła Leyla Gencer. Była to wiadomość, której nie spodziewałem się zupełnie, chociaż słyszałem, że w ostatnim okresie artystka dość podupadła na zdrowiu. Pomimo tego zjawiała się prawie do końca (chociaż ostatnio już tylko od czasu do czasu) w „swojej” Akademii, instytucji przy La Scali doskonalącej młodych śpiewaków, której była dyrektorem, lub w znajdującym się w La Scali butiku z płytami i książkami, dokąd lubiła przychodzić na pogawędkę ze sprzedawczyniami, zwłaszcza z pracującą tam przeuroczą Mercedes Bianchi, panią prawie w jej wieku, wielką miłośniczką opery i przyjaciółką artystów.

Było dla mnie zaskoczeniem jej życzenie, urodzonej w Turcji z ojca muzułmanina (chociaż z matki katoliczki, Polki, Aleksandry Angeli Minakowskiej pochodzącej z Polonezköy-Adampola, polskiej wioski koło Istambułu), by obrządek żałobny odbył się po katolicku z mszą w kościele, a potem, by została spalona (co w islamie jest zabronione, zmarłego grzebie się nie później niż następnego dnia po zgonie), a jej prochy przewiezione do Istambułu i rozrzucone po Bosforze.

W poniedziałek 12 maja o godz. 11 w centrum Mediolanu przy znanym placu San Babila (tylko 5 minut spacerem od słynnej mediolańskiej katedry) w starym romańskim (XI wiek) kościele San Babila odbyła się uroczysta msza żałobna z trumną ustawioną przed ołtarzem. W czasie nabożeństwa pianista La Scali James Vaughaw i działający w Akademii Daniele Borniquez (który był w zarządzie organizacji ostatniego konkursu wokalnego Leyli Gencer w Istambule w 2006 r.) grali na zmianę na organach utwory sakralne, a podczas komunii James Vaughaw zaintonował Casta diva z Normy. Zaraz po skończonej mszy puszczono z taśmy nagranie fragmentu Mocy przeznaczenia (chór i Leyla Gencer), moment chyba najbardziej wzruszający. Wśród tłumu zapełniającego kościół było wiele znanych osób ze świata kultury, dostrzegłem znane sopranistki: Mirellę Freni i Lucianę Serrę, także peruwiańskiego tenora Luigiego Alvę, który razem z Leylą Gencer kończył sceniczna karierę w 1983 r. w Teatro La Fenice w Wenecji w operze F. Gnecco La prova d’un opera seria. Byli krytycy muzyczni: Sabino Lenoci i Lorenzo Arruga z żoną Francą Cella, autorką biografii Leyli Gencer. Oboje byli wielkimi przyjaciółmi śpiewaczki, to od nich były pokrywające trumnę białe róże. Były też kwiaty od wielkiego tureckiego pisarza Yasara Kemala. Chyba z połowę tłumu żegnającego artystkę stanowili studenci i absolwenci prowadzonej przez nią Akademii, głęboko przeżywający śmierć swojej Maestry. Wśród nich niezmiernie wzruszona mezzosopranistka Natalia Gavrilan, gruziński sopran Nino Machaidze, zdobywczyni pierwszego miejsca na konkursie wokalnym Leyli Gencer w Istambule w 2006 r., baryton Fabio Capitanucci, Guido Loconsolo…

Wynoszona z kościoła trumna żegnana była oklaskami, jak to jest we włoskim zwyczaju, kiedy ktoś ze znanych osobistości odchodzi z tego świata. Potem przed świątynią chwila skupienia, znów oklaski i furgon żałobny powoli zniknął w głębi bulwaru corso Venezia.
Z prasy tureckiej, która bardzo szczegółowo (a przez najbardziej czytany dziennik turecki Hürriyet także bardzo obszernie) informowała o tej smutnej okoliczności, dowiedziałem się, że w kościele San Babila na mszy żałobnej byli też przedstawiciele konsulatu tureckiego w Mediolanie, dyrektor opery w Istambule Rengim Gökmen oraz rodzina z Istambułu: bratanek Ibrahim Ceyrek z żoną Neslihan i jego matką Aynur, bratową Leyli Gencer. Prasa turecka poinformowała także, iż przed przewiezieniem do kościoła San Babila zwłoki zmarłej zostały przetransportowane z domu Gencer przy viale Maino do znajdującego się tuż obok znanego parku Giardini Pubblici przy Porta Venezia na krótką muzułmańską modlitwę. Była to Fatiha, najczęściej odmawiana sura otwierająca Koran (w tłumaczeniu jest prawie identyczna z chrześcijańskim Ojcze nasz). Gazeta Hürriyet podała dużo różnych szczegółów z życia wielkiej sopranistki, także i fakt, że Leyla miała cały czas podarowany jej przez matkę krzyżyk…

Tuż przed śmiercią Leyli Gencer przypadkowo włączyłem włoską stację telewizyjną SAT 2000, gdzie szedł właśnie odcinek filmu Renata Castellaniego La vita di Giuseppe Verdi (z niezwykłą Carlą Fracci w roli żony kompozytora). Był to akurat odcinek z Leylą Gencer w niewielkiej roli primadonny, gdzie śpiewaczka grała niemal samą siebie. A po kilku dniach ta smutna nowina…
Amir Z. Szlachta

Konkursy wokalne Leyli Gencer

Było to na pewno baccio di fortuna, że udało mi się być na wszystkich konkursach Leyli Gencer. Pewnego czerwcowego poranka 1995 r., siedząc nad urwistym brzegiem morza w parku w Anatolii i przeglądając mediolański dziennik Corriere della sera, zobaczyłem krótką wzmiankę o konkursie wokalnym, organizowanym przez Leylę Gencer w pierwszych dniach września. Postanowiłem, że muszę tam jechać, zwłaszcza że kilkakrotnie słyszałem tę wielką śpiewaczkę, której głos urzekł mnie od pierwszego momentu. W pamięci pozostał mi szczególnie występ w 1980 r. w Portofino, w przytulnym, wyłożonym jasnym drewnem teatrzyku, gdzie występowały wtedy same wielkie sławy z różnych dziedzin muzyki: Charles Aznavour, Maurizio Pollini, Nikita Magalof, Rostropowicz, Dalida… Pamiętam, była tam zawsze niezwykła atmosfera, a zwłaszcza tamtego wieczoru. W programie było 10 pieśni Chopina. Na małej scenie zjawiła się w luźnej czerwonej sukni (jej ulubiony kolor) piękna brunetka, a obok reżyser (swego czasu także i aktor), który recytował po włosku tekst pieśni śpiewanych przez egzotyczną Turczynkę (nie wiedziałem wtedy o jej polskich korzeniach). Przybyła też spora gromada Genczerianów (to były czasy, gdy za wielkimi śpiewaczkami ciągnęły grupy – i to prawie zorganizowane – wielbicieli, a Gencer obok Kabaivanskiej miała ich chyba najwięcej). Kiedy Strehler wyrażał ubolewanie, że nigdy mu się nie udało współpracować z tą wielką artystką, natychmiast, jak na komendę cała brać Genczerianów zaczęła krzyczeć: Jest jeszcze czas. Chociaż tak naprawdę po objeździe Włoch i Francji z wielkim Nikitą Magalofem, który akompaniował jej do pieśni Chopina, ostatnim występem Gencer była Corilla w 1983 w Teatro La Fenice w Wenecji w mało znanej operze Francesca Gnecco A prova di opera seria, gdzie diva miała możliwość improwizacji. Poszedł w ruch i Cimarosa, i Vivaldi, Mozart, Paisiello, Rameau. Razem z Gencer kończył swą karierę sceniczną w roli Federica inny wielki artysta, Luigi Alva.

Tak minęło dziesięć lat i Leyla znów zadziwiła. Tym razem Międzynarodowym Konkursem Wokalnym w Istambule przez nią zorganizowanym. Konkurs przygotowany był z wielkim rozmachem, popularyzowany przez prasę i telewizję (jeden z programów TV transmitował wszystkie przesłuchania). Do konkursu przystąpiło aż 94 młodych śpiewaków z różnych stron świata, a odbywał się on w znanej Sali Koncertowej Cemal Reşit Rey. Pierwsze miejsce zdobyła wtedy Albanka Enkelejda Shkosa – mezzosopran, drugie zaś Marcelo Alvarez. Po konkursie wspaniały koncert galowy finalistów – przemówienia, kwiaty, wiwaty dla Leyli Gencer (wszystko to udało mi się utrwalić kamerą video). Obojgu zwycięzcom konkurs ten otworzył drzwi do międzynarodowej kariery. Enkelejda Shkosa zaczęła śpiewać w Wiedniu, Covent Garden, Paryżu, Nowym Jorku, Berlinie, Barcelonie, a potem najwięcej w San Carlo w Neapolu. Większą karierę zrobił na pewno Marcelo Alvarez, o czym powszechnie wszystkim wiadomo.

Następny konkurs, tak jak przewidziano, odbył się po dwóch latach, w 1997 roku. Znów 90 uczestników, ta sama oprawa i miejsce konkursu, ten sam sponsor – Bank Yapi Kredit. Konkurs wyznaczony na 1999 rok nie odbył się ze względu na trzęsienie ziemi. Smutnie wyglądało w tym czasie miasto. Ludzie koczujący w namiotach, platformy z desek w starych dzielnicach. W okolicach lotniska i od strony Morza Marmara trzęsienie było najsilniejsze.
W 2000 roku pod koniec sierpnia trzeci konkurs, tym razem z 35 uczestnikami, a potem długa, sześć lat trwająca przerwa. To brak sponsora, to nienajlepszy stan zdrowia Leyli Gencer, i dopiero od 25 do 30 sierpnia 2006 IV edycja konkursu z 35 uczestnikami, którzy wyłonieni zostali z pierwszej selekcji w Mediolanie, na którą zgłosiło się 62 kandydatów. Od kierowniczki organizacji konkursy Hale Tasli, niepozornej, młodej, ale bardzo autorytatywnej osóbki, dostałem zezwolenie wejścia na wszystkie przesłuchania. Jak poprzednio, audycje odbywały się w Cemal Reşit Rey (wnętrzem przypominającej istambulską operę).

Przesłuchania odbywały się o różnych porach dnia, kilkakrotnie z nagłymi przesunięciami godzin audycji. Na sali było zaledwie kilkanaście osób – prawdopodobnie młodych studentów wokalistyki, ktoś z organizacji i to wszystko. Kwadrans przed rozpoczęciem pierwsza zjawiała się Leyla Gencer, która sadowiła się gdzieś w siódmym rzędzie pośrodku (coś przeglądała, notowała, bardzo zdyscyplinowana, jak to Turcy, których widziałem stojących w długich kolejkach do miejskiego autobusu grzecznie jeden za drugim, przez nikogo nie ustawianych, co w Italii byłoby zupełnie niemożliwe). Reszta jury zaczynała się schodzić allegramente dopiero na wyznaczona godzinę przesłuchań. Sam poziom uczestników był bardzo zróżnicowany. Mieli do wykonania po dwa lub trzy utwory, ale często już po pierwszym jury dziękowało uczestnikowi. Najwięcej konkurentów, aż czternastu, reprezentowało Turcję. W sumie nieźli, ale i tacy, że pożal się Boże. Pamiętam, pewien tenor po Che gelida manina chciał jeszcze śpiewać La donna e mobile, lecz dobrotliwie został oddalony już po pierwszej swojej produkcji. Prawie wszystkim śpiewakom akompaniował pierwszy pianista La Scali – Vincenzo Scalera. Byli też dwaj pianiści – Maxim Bircou i Siergiej Gavriłkov – do prób indywidualnych, jeśli ktoś sobie tego życzył. Ten ostatni pracujący w operze w Mersin jako akompaniator śpiewaków tamtejszego teatru. Jak się okazało, kolega ze studiów z Natalią Gavrilan nadal pozostający z nią w przyjacielskim kontakcie. Ubolewał nad losem nowowybudowanej opery w Samsun, która została przeznaczona do zupełnie innych celów.
W poniedziałek 28 sierpnia gnałem na półfinał konkursu (już z biletami) z odległego, ale ulubionego przez mnie Aksarayu, gdzie mieszkałem, a który, odkąd pamiętam, nic się nie zmienił, pozostał typową turecką dzielnicą Istambułu, pełną gwaru, lokalnego kolorytu, ludzi ze wszystkich zakątków Turcji (no, może doszły od niedawna rosyjskie „Natasze”). Jakże inny stał się przez ten czas most Galat! Kiedyś dolne przejścia z drewna, a wśród nich małe przytulne lokaliki z rybami z rożna, a teraz wszystko eleganckie, ale i bez dawnego uroku. To samo ze słynnym Pasażem Kwiatów, Cicek Pasaji, przy ul. Istaklal, blisko pl. Taksim. Dawniej urocze, swojskie knajpki, z drewnianymi prostymi stołami, beztroski, przyjacielski tłum ludzi z dzielnicy artystycznej z zawsze obecną grubą Greczynką, niemiłosiernie fałszującą na akordeonie, która od każdego pewnie klienta dostawała jakieś drobne monety. Teraz są tu zadbane restauracyjki dla zupełnie innej klienteli, o całkowitym braku klimatu tamtych czasów. Nie mówiąc już o dzielnicy Levent, która z jej strzelającymi do nieba drapaczami chmur stała się kopią Manhattanu. Z Aksarayu autobusem dojeżdżałem do pl. Taksim (gdzie stoi opera), a potem pieszo, jako że to blisko, przez park Taksim, a za nim w kierunku hotelu Hilton, za którym sto metrów dalej znajduje się Sala Koncertowa Cemal Reşit Rey. Podczas przejścia przez park Taksim rzucały się w oczy oryginalne ławki-książki, z jednej strony podobizna poety lub pisarza, a z drugiej fragment jakiegoś jego utworu. Dostrzegłem dwóch poetów związanych w jakiś sposób z Polską. Pierwszy to największy współczesny poeta turecki, Nazim Hikmet, którego pradziadek Konstanty Borzęcki wraz z księciem Czartoryskim założył niedaleko od Istambułu polską wieś Polonezkoy (Adampol). Sam Nazim Hikmet po wyemigrowaniu z Turcji udał się najpierw do Polski i używał (jak żona i syn Memet) polskiego paszportu wystawionego na nazwisko Borzęcki. Drugi to największy piewca Istambułu, Jahya Kemal, który przez trzy lata (1926-1929) był ambasadorem Turcji w Polsce. Bardzo ładnie pisze o nim Orhan Pamuk w swojej ostatniej książce Istambuł w rozdziale Czterech smutnych i samotnych.

Wracam jednak do konkursu i jego półfinału, do którego weszło 14 kandydatów, w tym tylko dwóch mężczyzn: tenor z Rumunii Tiberius Simu, który doskonali się w Akademii przy La Scali (prowadzonej przez Leylę Gendzier (jak Turcy prawidłowo wymawiają jej nazwisko) i śpiewał już w tym teatrze Almavivę w Cyruliku sewilskim, oraz bas z Azerbejdżanu – Timur Abdikeyev, solista Teatru Maryjskiego w Petersburgu. Nie mogłem wprost uwierzyć, że pominięto wspaniałego basa z Korei – Hye Soo Sonn, zwycięzcę wielu konkursów, także im. Marii Callas, który był i teraz w Istambule w doskonałej formie. W półfinale każdy kandydat wykonywał po dwa utwory. Wszystkim śpiewakom akompaniował Vincenzo Scalera.
Do finału weszło sześć sopranów i jeden mezzosopran, a więc same kobiety. Zadecydowano (propozycja przewodniczącego jury Stephane’a Lissnera), że tym razem nie będzie galowego koncertu, jak to zawsze do tej pory bywało, a zakończeniem będzie tylko finał konkursu, za to we wspaniałej oprawie najstarszej bizantyńskiej świątyni Istambułu (z 360 r.), bazyliki św. Ireny znajdującej się na terenie parku Topkapi. Już dzień wcześniej odbyły się tam popołudniowe próby z orkiestrą – wg mnie najbardziej barwne i często bardzo zabawne sytuacje. Śpiewaczki rozluźnione, bo już bez jury, często polemizowały z dyrygentem, były jakieś wybuchy śmiechu. Nino Machaidze grzecznie, ale stanowczo z czymś się nie zgadzała. Znów Burcu Uyar siedząca w głębi bazyliki, zatopiona w nutach, zupełnie nieobecna, kilka razy biegała w głąb kościoła po nuty i podtykała pod nos dyrygenta, coś perswadowała. Wszystko jednak zakończyło się na śmiechu i uściskach.

Następnego dnia rano podobna próba, a wieczorem wielki finał. Przed bazyliką zaimprowizowano bufety, elegancka publiczność, dużo młodzieży. Wśród wchodzących rozpoznaję Sabina Lenocciego, znanego włoskiego krytyka muzycznego, dyrektora czasopisma L’Opera. Podtrzymywany jest przez jakaś damę i młodzieńca, ma wyraźne problemy z chodzeniem. Jest w końcu Leyla Gencer elegantissima w wytwornej turkusowej toalecie. Bazylika wypełniona jest po brzegi. Na balkonie-chórze, pełno młodzieży, wśród której zauważam wielu uczestników konkursu. Po drugiej stronie na scenie (tu był kiedyś ołtarz), pod wielką aż do sklepienia mozaiką z bizantyńskim krzyżem, Istambulska Orkiestra Symfoniczna pod dyrekcją Gureca Aykala zaczyna uwerturę do Uprowadzenia z seraju. Zaraz potem pierwsza konkurentka, 24-letnia Turczynka, mezzosopran Perihan Asude Karayavuz, zaczyna brawurową habanerą. Wielki temperament, dobry głos i interpretacja. Drugą jest 23-letnia Gruzinka Nino Machaidze – sopran (wspaniale wygląda w długiej, eleganckiej sukni, jakże inna od dziewczynki w dżinsach wybuchającej ciągle perlistym śmiechem w rozmowie z koleżankami przed wczorajszą próbą z orkiestrą), rozpoczyna z dużą swobodą i elegancją Regnava del silenzio. Wierzyć się nie chce, że ta filigranowa osóbka posiada w sobie tyle mocnego (a zarazem pięknego) głosu. Wykazuje się również bardzo dobrze opanowaną techniką, co na pewno zawdzięcza Akademii przy La Scali, w której doskonali swój głos. Ma też już na swoim koncie występ w tym teatrze w Ariadnie na Naxos w roli Najady. Trzecią z kolei jest Włoszka Francesca Ruospo (rocznik 1981), sopran z Bari w arii Senza mamma z Siostry Angeliki, którą wykonuje z wielkim zaangażowaniem uczuciowym, bardzo przypominającym wykonanie jej Maestry z Akademii przy La Scali z odległego 1958 z pamiętnego koncertu RAI w Mediolanie.

Zaraz po niej Francesca Romano, sopran z Sycylii śpiewa arię Pleyez mes yeux z Cyda Masseneta. Ta zaledwie 21-letnia dziewczyna według mnie powinna zaśpiewać coś innego, by ukazać swoje możliwości i uplasować się chociaż na 3 miejscu. Ona także jest kursantką Akademii przy La Scali. Następnie śpiewa Turczynka Simje Buyukedes – sopran. Jest to aria z Adriany Lecouvreur, co prawda wykonana ze zbyt małą dozą dramatyzmu, lecz głos niezły. Z kolei Eleonore Marguerre (rocznik 1978), sopran z Niemiec wykonuje arię Królowej Nocy. Śpiewaczka ta mająca już kilkuletni staż w znanych teatrach operowych Niemiec wykazuje się ładną barwą głosu, lecz wokalizy i góry nie są zawsze idealne. Ostatnią jest Turczynka Burcu Uyar (ur. w 1978), sopran, która wykonuje Ardon gl’incensi, słowem całą scenę obłąkania z Łucji z Lammermoor. Robi to trochę zbyt teatralnie, a jest to też powtórzeniem z półfinału i jeszcze poprzedniego przesłuchania. Głos jednak ciekawy, piękne modulacje. Bardzo przypomina interpretację Leyli Gencer w tej roli, zwłaszcza tę pierwszą z nagrania z Triestu z Teatro Verdi z 1957. Akurat w 2002 roku miałem okazję słyszeć Burcu Uyar w Teatro Sociale w Como w roli Olimpii w Opowieściach Hoffmanna, i już wtedy zachwyciła mnie swoimi koloraturami i świetną techniką.

Następuje przerwa i oczekiwanie na werdykt jury (tym razem w czasie finału uplasowanego w środku bazyliki pomiędzy publicznością). Przed bazylikę wypływa spory tłum, pod obstrzałem fleszów są jakieś znane osobistości, są też liczni uczestnicy konkursu. Stephanie Lissner, przewodniczący jury i dyrektor La Scali, bez przerwy prezentuje różnym znajomym swego syna, Sabino Lenocci ciągle filmuje to tłum, to pięknie oświetloną bazylikę, to stoiska, wśród których jest oblegane z górą książek Ezbnep Oral Tutkinum Roamnum – Leyla Gencer (Powieść namiętności – Leyla Gencer), już IX wydanie! Pod koniec przerwy wszystko jest wyprzedane, przerwa kończy się, a z pobliskiego meczetu Sultan Ahmet (czy też, uzywając prawie że nieznanego wśród Turków terminu, Błękitnego meczetu) głos muezina wzywający na wieczorną modlitwę uświadamia na chwilę, gdzie jesteśmy. W bazylice robi się cisza i oto na scenę wchodzi przewodniczący jury, najpierw ogłasza że trzecie miejsce zdobyła Turczynka Burcu Uyur, drugie miejsce zdobywają ex-aequo dwa soprany: Włoszka Francesca Ruospo i Niemka Eleonora Merguerre. Pierwsze miejsce przypada ślicznej Gruzince, Nino Machaidze. Stephanie Lissner wygłasza też po angielsku krótkie przemówienie, dziękując organizacji, orkiestrze, jury, a w szczególności Leyli Gencer, i tu następuje wielka owacja. Wszyscy na stojąco biją brawa swej wielkiej rodaczce, wielu ociera łzy i tak z dobre kilkanaście minut pełnych radosnej, ciepłej euforii, jak to tylko Turcy potrafią. Następny konkurs Leyli Gencer wyznaczony jest na rok 2008. Szkoda, że w żadnym z nich nie uczestniczył nigdy ani jeden Polak.

Mało kto wie, że Leyla Gencer ma także i polskie korzenie. Co prawda ojciec Ibrahim Geyrekgil, wywodzący się z miasteczka Safranbolu (wpisanego na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO z racji doskonale zachowanych domów osmańskich z XVII i XIX wieku) w północnej Anatolii, właściciel największej wtedy w Turcji rozlewni wód mineralnych, członek bardzo tolerancyjnego, otwartego na świat bractwa Bektaszytów był stuprocentowym Turkiem. Matka Aleksandra A. Minakowska pochodziła natomiast z Polonezkoy (Adampol), polskiej wsi pod Istambułem, gdzie Leyla ze swym młodszym bratem spędziła większość dzieciństwa. Z połowę polskiej (teraz już niestety tylko w 40%) ludności wioski uważa się za jej krewnych. Jeden z mieszkańców, Edward Dochoda, wspaniały gawędziarz (rocznik 1919, twierdzi, że jest rówieśnikiem Leyli Gencer, chociaż na jej pomniku przed operą w Ankarze widnieje rok 1928), opowiadał, jak jeszcze jako młoda panienka, będąc w jego domu gromadziła swoich polskich rówieśników na wielkim balkonie i popisywała się swoimi umiejętnościami, że była wesoła, pełna energii, zalotna i mówiąca podobno wcale nieźle po polsku.

Pan Edek oprowadzając mnie po cmentarzu (był to rok 2000, ciekawe, co z panem Edkiem teraz?), wskazywał na groby rodziny Leyli Gencer, także na grób pewnego arystokraty austriackiego, który podobno był głównym sprawcą tragedii w Mayerlingu i potem przez wiele lat pod przybranym nazwiskiem mieszkał w Polonezkoy. Na cmentarzu pochowani są i krewni ulubionej aktorki Felliniego – Magali Noel – też urodzonej w Turcji. Na uboczu (jako przeszłej na islam) grobowiec Ludwiki Śniadeckiej, żony Sadyka Paszy – Michała Czajkowskiego (ich syn Muzaffer Pasza w latach 1901-1907 był gubernatorem Libanu).
Inny znów Polak, Lesław Ryży (jest on od czasu do czasu wójtem wioski), a kuzyn Leyli Gencer, zarzucał natomiast, że Leyla niechętnie przyznawała się do swojej polskości, a w wiosce zjawiła się dopiero po wielu latach, aby odebrać spadek po matce. (Kiedy spadkobiercy księcia Czartoryskiego wieczną dzierżawę zamienili na darowiznę. Był to cios dla polskości wsi. Wielu mieszkańców posprzedawało ziemię, część wyemigrowała, głównie do Niemiec i Australii).

Wioska położona jest śród wzgórz pokrytych lasami (we wrześniu było tam zatrzęsienie rydzów i prawdziwków, szkoda, że Turcy w swej doskonałej kuchni nie mają tradycji spożywania grzybów). Z najwyższego koło wioski wzniesienia widać aż 3 morza: Marmara, Czarne i Bosfor (jako że Bosfor Turcy też uważają za morze). Wieś jeszcze typowo polska z opłotkami, zagrodami, sadami (jej mieszkańcy szczycą się, że nigdy nie używają chemicznych środków do spryskiwania czy nawożenia), chociaż już pełno pensjonatów (głównie prowadzonych przez Polaków) i willi zamożnych Turków jak np. właściciele znanych gazet Hurriyet (Erol Simari), Gunaydin (Haldun Simari), czy wnuczek byłego prezydenta Celala Bayara – Attila Bayar (mający za żonę Polkę), a krewną Leyli, którą każdej niedzieli przywozi z istambulskiego mieszkania na mszę do Polonezkoy. W 2000 r., kiedy mieszkałem kilka dni w hotelu Efes przy Istakial (koło pl. Taksim), natknąłem się na pracującego w recepcji Antosia Minakowskiego, to zdrobniałe imię miał także w paszporcie, którego dziadek Ludwik był bratem matki Leyli Gencer. O rodzie Minakowskich opowiadał bardzo dobrą polszczyzną.

Leyla Gencer (z domu Geyrekgil) od niepamiętnych lat mieszka w Mediolanie na eleganckiej viale Maino (17a) między Porta Venezia i La Scalą z mężem Ibrahimem Gencerem – prawnikiem. Kiedyś często ją widywano, jak szła pieszo z domu do swego teatru. Teraz pracuje tam jako Dyrektor Akademii przy La Scali, a jest niezmordowana. Zaraz po powrocie z Istambułu z ostatniego swojego konkursu wystawiła w październiku w La Scali pierwszą operę 15-letniego Mozarta Ascanio in Alba napisaną podczas pobytu kompozytora w Mediolanie i tam wystawioną. Ku mojemu zdziwieniu na scenie ujrzałem znajome soprany z istambulskiego konkursu: Teresę Romano w roli Venery i Nino Machaidze w roli Silvii.
W maju miałem okazję być na lekcji – koncercie Mirella Freni in masterclass.

Śpiewaczka ta jest także maestrą w Akademii przy La Scali. Koncert – lekcja miał miejsce w zabytkowym budynku Muzeum Narodowego Nauki i Techniki im. Leonardo da Vinci. Było to zakończenie cyklu zajęć w tym wypadku z trzema uczniami – basem Carlem Maliverno, barytonem Guidem Loconsolo i tenorem Leorandem Cortelazzi. W Sali Kolumnowej pośrodku ustawiona scena z fortepianem i dwoma ogromnymi fotelami dla Mirelli Freni i prowadzącego koncert Lorenza Arrugi, znanego krytyka muzycznego (którego żona Franca Cella jest autorką książki-albumu Leyla Gencer – romanzo vero di una primadonna, biografii Leyli Gencer). Podczas wykonywania arii przez śpiewaków Mirella Freni często podchodziła, przeżywała, wskazywała na błędy, wyjaśniała, jak ma być poprawnie. Śpiewak zaczynał od nowa i do skutku, aż aria wyszła bezbłędnie. Po skończonej lekcji Freni opowiadała o swym debiucie, współpracy z Karajanem, Viscontim, Zeffirellim, o Luciano Pavarottim, z którym znała się od dziecka (są z tego samego rocznika), byli prawie sąsiadami w ich rodzinnej Modenie. Opowiadała też różne zabawne, nieprzewidziane zdarzenia ze sceny, trochę o innych kolegach, z którym współpracowała. Były też zapytania! Na koniec została pożegnana gorącymi oklaskami. Było sporo znanych twarzy ze świata kultury, wśród których znów dostrzegłem Francescę Ruspo i Teresę Romano, uczestniczki konkursu w Istambule. Po lekcj-koncercie jedno skrzydło krużganku wewnątrz budynku zastawione stołami z różnymi pysznościami czekało na wychodzących.
Amir Z. Szlachta

Publiczność zawsze jest idealna
Rozmowa z Leylą Gencer

“Trubadur“: W Pani żyłach płynie polska krew, jednak jest Pani niezwykle rzadkim gościem w naszym kraju?
– Leyla Gencer: Niestety, nie zdarzały się okazje, żeby odwiedzić ojczyznę moich przodków. W czasie, gdy występowałam na scenie, zostałam zaproszona także do Polski. W 1956 r. śpiewałam w Warszawie Traviatę, oczywiście ten piękny budynek nie był jeszcze odbudowany, wystąpiłam następnie w Łodzi i Poznaniu. Wczoraj spotkałam barytona, który śpiewał ze mną w Polsce! Oboje byliśmy bardzo wzruszeni. Bardzo dużo podróżowałam po świecie, występowałam w wielu teatrach operowych, jednak już nigdy do Warszawy nie powróciłam. Pamiętam tamte lata w Polsce, kiedy było jeszcze dużo ruin, sytuacja była bardzo ciężka. Teraz natomiast Warszawa nie różni się od innych miast europejskich. Jestem niezwykle wdzięczna Marii Fołtyn za zaproszenie do jury konkursu, dzięki niej mogłam zobaczyć inną Warszawę, mogłam też przywołać wspaniałe wspomnienia z poprzedniego pobytu.

Nagrała Pani płytę z pieśniami Chopina śpiewanymi po polsku!
– Pieśni Chopina to arcydzieło. Utworów innych polskich kompozytorów nie miałam w swoim repertuarze. Ale miałam jeszcze jedną polską przygodę. W roku 1957 śpiewałam w La Scali Dialogi karmelitanek. Poulencowi bardzo podobała się moja interpretacja, a gdy dowiedział się, że mam polskich przodków, napisał specjalnie dla mnie osiem pieśni do… polskich słów. Wykonałam je w La Scali w 1977 roku na koncercie poświęconym pamięci kompozytora. Na szczęście istnieje nagranie tego recitalu.

Jest Pani nazywana królową piratów…
– Nie lubię za bardzo tego określenia, natomiast jestem niezwykle szczęśliwa, że dzięki piratom oraz nieoficjalnym rejestracjom dokonywanym przez teatry operowe zachowało się tak dużo nagrań spektakli z moim udziałem. Jak wiecie, wielkie firmy fonograficzne nie były zainteresowane współpracą ze mną. Zresztą podobnie jest teraz, wytwórnie mają w swoich “stajniach” po kilkoro śpiewaków i z nimi nagrywają praktycznie wszystko. A więc dzięki nagraniom nieoficjalnym mój śpiew nie został zapomniany, kontaktuje się ze mną wielu młodych wielbicieli, którzy nie słyszeli mnie na żywo. Gdyby nie nagrania pirackie, nie poznaliby więc mojego głosu i mojej interpretacji.

Śpiewała Pani głównie repertuar klasyczny (Verdi, Donizetti, Puccini, Bellini), nie unikała jednak Pani także dzieł kompozytorów współczesnych.
– Najlepiej czułam się w repertuarze dziewiętnastowiecznym, śpiewałam czasami utwory kompozytorów współczesnych, ale – szczerze mówiąc – ich muzyka zbyt często jest niewokalna, niezdrowa dla głosu. Natomiast bardzo lubiłam śpiewać w mniej znanych operach Donizettiego czy innych słynnych twórców, ponieważ zawsze byłam bardzo ciekawa, chciałam poznawać i wykonywać coś nowego. Nie można zamykać się w kręgu kilku oper, które wykonuje się całe życie.

W Pani śpiewie ogromną rolę odgrywają emocje.
– Nie wyobrażam sobie, aby można było na scenie prezentować solfeż, czyli bezduszne odtwarzanie zapisu nutowego. Artyzm polega na przekazaniu całej gamy emocji i uczuć. Myślę, że każdy artysta stara się pokazać swoje uczucia i emocje w sposób najbardziej dla niego prawdziwy, zarazem każdy artysta pokazuje też swoją wizję i interpretację partytury. Rolę powinno się interpretować, a nie tylko odtwarzać, dlatego w śpiewie powinniśmy słyszeć emocje. Uważam też, że nie ma jednej określonej wizji czy interpretacji danej roli – dlatego należy poszukiwać środków wyrazu. Śpiewacy powinni różnić się od siebie – gdyby wszyscy śpiewali tak samo, byłoby to nieciekawe. W moim śpiewie, jak też w śpiewie wszystkich innych artystów, interpretacja i środki aktorskie zawsze odgrywały bardzo ważną rolę. Wydaje mi się nawet, że czasem należy zrezygnować z pięknego brzmienia głosu dla ukazania dramatu.

Rok po wizycie w Polsce zadebiutowała Pani w La Scali, gdzie śpiewała Pani następnie przez wiele sezonów, także teraz jest Pani związana z tym teatrem.
– Ukoronowaniem mojej kariery jest dla mnie kierownictwo Accademia di perfezionamento per cantanti lirici Teatro alla Scala. Staram się przygotować moich podopiecznych do międzynarodowej kariery śpiewaczej, doskonalimy technikę i – przede wszystkim – interpretację młodych artystów. Żeby dostać się do akademii, trzeba przejść przez trzyetapowe eliminacje, dlatego też nasi uczniowie mają już warsztat dobrze opanowany. Czasem musimy pracować nad jakimiś błędami w emisji czy innymi problemami czysto technicznymi. Natomiast naszym głównym zadaniem jest uczenie obcokrajowców interpretacji oper włoskich, pokazanie, czym jest styl włoski, czym jest bel canto. Praca z młodymi śpiewakami dostarcza mi wiele satysfakcji i radości. Poza tym śpiewacy przygotowują spektakle na deskach La Scali. W zeszłym roku była to słynna Cyganeria w reżyserii Zeffirellego, teraz pracujemy nad Un giorno di regno Verdiego, którego reżyserem będzie Pizzi. Przygotowujemy także spektakle dla innych włoskich teatrów – tak więc studenci naszej akademii odbywają praktyki w najbardziej odpowiednim miejscu, czyli na scenach ważnych teatrów. Kursy w akademii trwają dwa lata, w tym czasie La Scala wypłaca śpiewakom 2 mln. lirów miesięcznie. I jeszcze jedna ważna rzecz, młodzi artyści nie pracują tylko ze śpiewakami, lecz także z wybitnymi dyrygentami i reżyserami.

Jedna z Pani uczennic, młoda mezzosopranistka z Mołdawii Natalia Gavrilan, brała udział w poprzednim Konkursie Moniuszkowskim, w naszym piśmie był też artykuł jej poświęcony [Nr 3(12)/1999, s. 10-11]
– Jest to niezwykle utalentowana młoda śpiewaczka. Gdy przystąpiła blisko dwa lata temu do eliminacji do naszej akademii, nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości, że należy ją przyjąć. Mieliśmy ponad 200 kandydatów, wybraliśmy tylko 12 naszym zdaniem najlepszych. Gavrilan już zaśpiewała z dużym sukcesem Musettę w Cyganerii (ta rola rzadko wykonywana jest przez mezzosopran), teraz pracujemy nad rolą Giulietty w Un giorno di regno. W marcu zaśpiewała, także w La Scali, recital z fortepianem. Natalia jest bardzo pracowita, poczyniła ogromne postępy, jest niezwykle muzykalna. Myślę, że jej przyszłość to mezzosopranowe role rossiniowskie.

Jest Pani zapraszana do jury wielu konkursów wokalnych, w Istambule odbywa się także konkurs Pani imienia. Jak ocenia Pani konkurs w Warszawie?
– Konkurs jest świetnie zorganizowany. Doskonale widać, że jest organizowany przez ludzi poważnych i odpowiedzialnych, którzy kochają sztukę i kochają muzykę. Także wśród jego uczestników pojawiło się kilka indywidualności. Jest to dopiero czwarta edycja konkursu, jednak – tak myślę – cieszy się on już zasłużoną renomą. Mówiłam już dyrektorowi Dąbrowskiemu, że Konkurs im. Stanisława Moniuszki jest bardzo ważny i potrzebny. I że musi być kontynuowany. Podziwiam Marię Fołtyn za jej ogromny trud, aby pokazać światu waszych kompozytorów, a zwłaszcza dorobek Stanisława Moniuszki.
Zdarzyła się też na nim rzecz przykra i – przede wszystkim – dziwna. Troje Rosjan, zdobywców trzecich nagród, odmówiło wzięcia udziału w koncercie laureatów. Nigdy – a proszę mi wierzyć, że brałam udział w pracach jury wielu konkursów – nie spotkałam się z takim zachowaniem. Trzecia nagroda jest bardzo dużym wyróżnieniem, jeżeli ktoś tak demonstracyjnie okazuje dezaprobatę dla decyzji jurorów, nie powinien w ogóle przystępować do konkursów.
Dlaczego wśród współczesnych śpiewaków jest tak mało osobowości, dlaczego nie pojawiają się artyści o tak magnetycznych osobowościach, jak np. Leyla Gencer?
– Ależ są, pojawiają się.
Kto?
– …
Od czego więc zależy jakaś magiczna, nieokreślona siła, którą wyczuwamy u niektórych tylko śpiewaków?
– Gdy zaczynałam swoją karierę, nie wierzyłam, że mogę być “osobowością”. Byłam natomiast pewna jednej rzeczy – swojej techniki. Tylko wtedy, gdy śpiewak ma doskonale opanowany warsztat, może myśleć o odpowiedniej interpretacji. I rzeczywiście w obecnych czasach wielu śpiewaków, także tych z najsłynniejszych scen operowych, ma problemy z odpowiednią emisją głosu. To nie jest wina młodych śpiewaków, to wina ich nauczycieli! To, co panowie nazywają osobowością, to przede wszystkim muzykalność, wrażliwość na muzykę i tekst, umiejętność słuchania muzyki i umiejętność wyrażania jej. A tego wszystkiego trudno się nauczyć. Trzeba mieć jakiś dar. Trzeba mieć pasję śpiewania, trzeba czuć wielką miłość do tego zawodu. Śpiew operowy musi być religią! Śpiewem powinniśmy się nie tylko komunikować, lecz przede wszystkim modlić.

Jaka – według Pani – powinna być idealna publiczność?
– Zawsze trafiałam na idealną publiczność! I nie był to przypadek – ponieważ publiczność zawsze jest idealna. Bez niej nasz zawód traciłby sens. Gdy znajdowałam się na scenie, zawsze czułam jakiś kontakt z widownią, zawsze do tej widowni czułam wielką miłość. Taką publiczność spotykałam na całym świecie. Z pewnością taka też jest polska publiczność.

Dziękujemy serdecznie za rozmowę.
– Dziękuję bardzo, cieszę się, że w Polsce istnieje tak wspaniały klub skupiający wielbicieli opery.

Rozmawiali Krzysztof Skwierczyński i Tomasz Pasternak

Nowa strona o Leyli Gencer
Ostatnio w Internecie pojawiła się nowa strona poświęcona wielkiej tureckiej śpiewaczce, legendarnej Leyli Gencer: www.leylagencer.eu. Na początku było zdumiewające nagranie „Marii Stuardy” z Florencji – piszą Autorzy. Potem pojawiało się więcej nagrań. Im więcej nagrań, tym więcej niekonsekwencji występowało przy datach i obsadach. Aby to wszystko uporządkować, zdecydowaliśmy się zbadać karierę „La Diva Turca”. Badania trwają nadal, a wszystkim Wam, drodzy Genczerianie, chcielibyśmy przedstawić pierwsze rezultaty. Na tej stronie znajdziecie listę ról, przedstawień, rejestracji audio i video. Mimo że staraliśmy się opierać na najbardziej wiarygodnych informacjach, nadal mogą zdarzać się błędy. Dlatego prosimy o poprawki i uzupełnienia. Czekamy na jakiekolwiek informacje dotyczące kariery Leyli Gencer, które mogą wzbogacić tę stronę. Mamy nadzieję, że strona “Omaggio a Leyla Gencer” okaże się przydatna.

Sama strona, w całości w języku angielskim, podzielona jest na kilka zakładek: biografia, chronologia występów, dyskografia, videografia, varia i nowości na stronie. Jest też wyszukiwarka. Mój podziw budzi bardzo drobiazgowo opracowana chronologia występów Leyli Gencer, z dokładnymi datami i obsadami. Są szczegółowe informacje dotyczące dat i obsady występów artystki w Polsce! Autorami strony są dwaj Polacy, Adrian Langowski i Robert Kawka. Dokonali oni zaiste mrówczej pracy, aby to wszystko pozbierać.
Serdeczne gratulacje i życzenia wielu Genczerianów!
Tomasz Pasternak

Leyla Gencer
sopran turecki lub raczej sopran międzynarodowy

Leyla Gencer urodziła się 10 października 1928 roku w Istambule. Sama artystka woli nie uchodzić wyłącznie za Turczynkę. Mieszkam we Włoszech od roku 1954 i większość życia spędziłam tutaj, mogę powiedzieć, że czuję się Włoszką, przede wszystkim, jeżeli chodzi o kulturę i muzykę. Jest to nieuniknione po przeżyciu tylu lat w wielkiej Italii. Jestem bardzo przywiązana do moich korzeni tureckich, ale czuję się bardzo włoską lub lepiej lombardzką kobietą, ponieważ zawsze mieszkałam w Mediolanie… jest to moje miasto przybrane.
Leyla Gencer studiowała śpiew w konserwatorium w Istambule. W Ankarze spotkała sopran Gianninę Arrangi-Lombardi (ur. w Marigliano, 20.06.1891, zm. w Mediolanie, 09.07.1951), niezapomnianą Giocondę i Aidę, i została poproszona przez tę wielką artystkę o osiedlenie się w Ankarze i podjęcie studiów pod jej kierunkiem. Po śmierci Arrangi-Lombardi studia wokalne Leyli Gencer uległy zawieszeniu aż do momentu przyjazdu barytona Apolla Granforte (ur. w Legnano, 20.07.1886 r., zm. w Mediolanie, 10.06.1975), który na szczęście dysponował taką samą techniką śpiewu jak Giannina Arrangi -Lombardi, tą sławną techniką, która uczy śpiewać na oddechu – w tym tkwi sekret jej długiej kariery.

Nie jest prawdą, że brakuje młodych głosów, jest wiele pięknych głosów, lecz nie uczy się właściwej techniki śpiewu. Nie wystarczy mieć piękny głos, zdolności artystyczne i aktorskie do tak trudnej profesji, ale trzeba mieć także dobrą technikę wokalną, aby móc wytrzymać w czasie. Mogę powiedzieć, że spełniły się moje wszystkie życzenia artystyczne i nie żądam więcej.

Gencer debiutowała w roku 1953 w Neapolu w Arenie Flegrea w roli Santuzzy w Rycerskości wieśniaczej. Następnie została zaangażowana do teatru San Carlo w Neapolu do Madame Butterfly. Zaangażowana na kilka występów, zaśpiewała dwadzieścia dwa razy. Maestro Tulio Serafin zaproponował jej rolę Tatiany w Eugeniuszu Onieginie. Następnie, bez oczekiwania i żadnego przesłuchania, została zaangażowana do Ameryki, pozostałych teatrów włoskich i w końcu w 1957 roku zaproszona do Teatro alla Scala do wzięcia udziału światowej premierze opery Poulenca Dialogi Karmelitanek. Victorio de Sabata, wówczas dyrektor artystyczny, wolał, aby Gencer zadebiutowała w “żelaznym repertuarze”, to jest w Aidzie. Wskutek problemów zdrowotnych maestra nakłoniono ją, aby debiutowała w operze Poulenca. Było to wielkie rozczarowanie przez chwilę, lecz przerodziło się w sukces i wielką satysfakcję.

W czasie długiej kariery Gencer często śpiewała w operach, które nie były w stałym repertuarze. Śpiewała we wszystkich operach Verdiego, przyczyniając się do renesansu jego wczesnej twórczości, jak również do renesansu Donizettiego. Z tymi kompozytorami jej nazwisko jest nierozerwalnie złączone. Opery Donizettiego wycisnęły piętno na karierze Leyli Gencer i spowodowały docenienie jego twórczości. Np. Roberto Devereux stał się jej cheval bataille. Teatry pomijały te opery ze względów oczywistych – braku wykonawców. Dopiero po “lekcji” Callas zrozumiano, że te arcydzieła mogą być śpiewane w inny sposób.
Jeśli weźmiemy Łucję i chcemy ją śpiewać tak, jak jest napisana, to nie jest Łucja przeznaczona w ogóle dla soprano leggero ze względu na stronę wokalną. Łucja w oryginale nie zawiera kadencji, które jej tradycja dopisała. Osobiście wolę Łucję taką, jaką napisał Donizetti. Mam szczególny rodzaj lenistwa – nie lubię śpiewać wokaliz, śpiewałam je na początku studiów, a potem, przed każdym występem lubiłam śpiewać finał I aktu “Traviaty” lub kadencje z “Łucji z Lammermoor”.

Wskażmy miejsca i daty debiutów w operach Donizettiego: Lucia di Lammermoor (Triest, 13.12. 1957), Anna Bolena (RAI Mediolan 11.07.1958), Poliuto (Mediolan, 26.12. 1960), Roberto Devereux (Neapol, 02.05.1964), Lucrezia Borgia (Neapol, 29.01.1966), Maria Stuarda (Florencja, 02.05.1967), Belisario (Wenecja, 09.05.1969), Caterina Cornaro (Neapol, 28.05.1972), Les Martyrs (Bergamo, 22.09.1975).

Śpiewałam pierwszego “Trubadura” w RAI w Mediolanie w 1957 u boku takich wielkich artystów, jak Mario del Monaco, Fedora Barbieri i Ettore Bastianini. Gdy zaczęłam śpiewać “Trubadura“ nie podobało się to maestro Gavazzeniemu, ani Teatro alla Scala. Dziś mówi się, że “Trubadur“, którego nagraliśmy, jest nadal aktualny.

Udział w Mocy Przeznaczenia umożliwił śpiewaczce odbycie pierwszego tournée z la Scalą w roku 1957. Uważam się za śpiewaczkę La Scali, ponieważ śpiewałam tam od sezonu 1956/1957 aż do lat osiemdziesiątych. Należę też do La Fenice, ponieważ śpiewałam w Wenecji opery, które przyniosły mi wielki sukces. Podobnie czuję się związana z San Carlo, gdzie debiutowałam. Publiczność włoska była dla mnie niezwykła.

Leyla Gencer wycofawszy się ze sceny po występie w operze La prova di un’opera seria Gnecco w 1983 roku, prowadzi kursy mistrzowskie dla młodych śpiewaków, uczestniczy w konferencjach na temat interpretacji operowej, a także “czyści” głosy w rzadkich występach publicznych (ostatnio w 1993 podczas transmisji programu W hołdzie Giacomo Lauri-Volpiemu). Tak przebiegała działalność artystyczna Leyli Gencer, sporanistki, która potrafiła stać się wielką w epoce zdominowanej przez Callas i odejść w pełni chwały z grupy “wiecznych drugich”.

Allan Rizzetti (tłum. J. Strycharz)

No comments:

Post a Comment